Zdenko Matoz

Słoweńców interesuje, kim jest czefur, więc się ujawniłem
wywiad z Robertem Pešutem Magnifico

www.delo.si

Obok prawdziwej kariery międzynarodowej, która obejmuje wydawanie albumów i trasy koncertowe, Magnifico może pochwalić się też muzyką do wielkiego serbskiego hitu filmowego Montevideo, bog te video w reżyserii Dragana Bjelogrlicia. Film wkrótce trafi do słoweńskich kin, niedługo też ukaże się album Magnifica ze ścieżką dźwiękową. W rozmowie artysta opowiedział nam kilka ciekawostek o przebiegu ostatniej trasy oraz przyznał, że był bardzo grzecznym dzieckiem.

Niedawno wrócił pan z trasy koncertowej, która obejmowała głównie Niemcy. Gdzie pan był i jak przebiegła trasa?

Trasę nazwaliśmy Tour d’Amour. Zaczęła się w Wiedniu, skończyła w Pradze, wystąpiliśmy w wielu dużych niemieckich miastach. To była zimowa część trasy, bo przecież nadajemy się też do występów w klubach. Graliśmy w klubach różnej wielkości, od takich, które mieszczą 300 osób, do takich na 1500 ludzi. Wiele z nich podobnych jest do centrów kultury, takich jak Kino Šiška i Cvetličarna.

Mają tradycję rockową?

Chodzi bardziej o kluby jazzowe, bo to publiczność, której bliższy jest jazz, skłaniająca się ku muzyce światowej.

Na pewno taka publiczność jest bardziej otwarta na odmienności?

Przychodzą właśnie z tego powodu, bo interesują ich odmienne doświadczenia muzyczne.

Ale nie są to jeszcze fani Magnifica?

Nie. Nie mogę powiedzieć, że mam fanów za granicą. Ale mogę powiedzieć, ze mam tam trochę publiczności, którą zdobyłem dwiema ostatnimi płytami wydanymi za granicą. Moje zagraniczne koncerty są przynajmniej tak udane jak tutaj. A może jeszcze lepsze, bo ludzie nie są do mnie przyzwyczajeni, przez co jesteśmy zupełnie inni. Kluby były pełne, wyjątkiem był Fraknfurt, gdzie frekwencja była nieco gorsza, ale koncert tak samo dobry.

Czy wśród publiczności jest dużo „gastarbeiterów”, emigrantów z byłej Jugosławii?

Słoweńców prawie nie ma. Takiej publiczności jest dziesięć procent albo jeszcze mniej. Tylko w Wiedniu było ich trochę więcej, bo tam też ich więcej mieszka. I było też więcej Słoweńców. Ale w większości na koncertach są tamtejsi.

Jak organizujecie zagraniczne trasy, macie swojego managera, agencję?

Sami nie dalibyśmy rady. Nie władamy rynkiem europejskim. Mamy agencję F-Cat z Berlina, która tym się zajmuje. Nasze wydawnictwo Prianha Records też jest z Berlina. F-Cat to agencja, która organizuje w Europie koncerty gwiazdom jazzu i muzyki świata, takim jak AfroCubism, Angelique Kidjo, Céu, Cheikh Lô, Gilberto Gil, Khaled, Lenine, Salif Keita, Goran Bregović i wielu innych. Oni organizują moje koncerty w Europie, poza Słowenią i krajami powstałymi z Jugosławii. O to nawet nie trzeba było walczyć, bo oni tutaj nie potrafią pracować.

Jest pan jednym z nielicznych słoweńskich muzyków, który może pochwalić się międzynarodową karierą muzyczną. Co było decydujące, muzyka czy to, że znał pan kogoś, kto znał kogoś?

Gdybym znał kogoś, kto znał kogoś, już dawno bym to zrobił. (Śmiech) Powiedziałem sobie, że moją muzykę powinien ktoś usłyszeć… Stało się to z utworem Hir aj kam, hir aj go. Piosenka spodobała się przyjacielowi Igora Ariha zajmującemu się marketingiem. Powiedział, że zaniesie ją do Sony, gdzie zna jakichś ludzi. Coś takiego słyszałem już sto razy, dlatego nie miałem żadnych oczekiwań. Ale wtedy włoska filia korporacji Sony w ciągu miesiąca wysłała umowę. Później, w 2005 roku we Włoszech ukazała się płyta Export Import, wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

W ubiegłym roku podpisał pan umowę z niemiecką wytwórnią Piranha i w niej wydał pan album Magnification.

To jest wytwórnia, która faktycznie kierunkuje drogi muzyki świata, jest opiniotwórcza. Są założycielami Womexa, gdzie też wystąpiłem.

Ostatecznie jednak zdecydowała muzyka, ta wasza mieszanka nie wiem czego z nie wiem czym?

Pytają mnie, jaka muzyka na mnie wpływała, a ja odpowiadam, że wszystko, co słyszałem w życiu, przede wszystkim w radiu. Nie jestem typowym konsumentem muzyki, żeby twierdzić, że ten i ten gatunek muzyczny mi się podoba. Słucham tylko radia, w domu nie mam żadnej specjalnej kolekcji płyt. Rzeczy, które mi się nie podobają, też w ten czy inny sposób na mnie wpływały.
Nie potrafię powiedzieć, według jakiego przepisu tworzę.
W zasadzie nie mam innego wyjścia. Potrafię tworzyć muzykę tylko tak, w żaden inny sposób. To nie była przemyślana decyzja, to była jedyna możliwa droga.

Kto wyłożył pieniądze na pana promocję za granicą? Pan, pana manager, wytwórnia?

Wytwórnia i organizatorzy koncertów. Podjęli współpracę, są z Berlina, znają się i pomagają sobie.

Jak trafiają do obiegu pana płyty za granicą?

Do dziś ukazały się dwa albumy Export Import i Magnification, u nas znany pod nazwą Grande Finale. Ostatni ma zmienioną nazwę oraz parę dodatków z poprzedniego albumu. Tytuł Grande Finale wydał się im zbyt apokaliptyczny. Pod tym tytułem ukazał się u nas, dlatego go zmieniliśmy.

Ma pan bardzo rozchwiany kalendarz. Czasem jest pan wiele dni w domu, kiedy indziej długo pana nie ma. Pana życie rodzinne toczy się tym nieustalonym rytmem?

W rzeczywistości nie mam takiego nieustalonego rytmu, bo zrozumiałem, że muszę go raczej usystematyzować, jeśli chcę coś osiągnąć. Każdego dnia, jak większość ludzi, przychodzę do pracy, a więc tu (pokazuje swoje biuro w pomieszczeniach, gdzie mają też salę prób i studio, przyp. autora).
Robię to bardzo chętnie i tym bardzo się różnię od większości pracujących. To jest duży przywilej, którego jednak nie umiem odpowiednio docenić, dlatego że żyję, tak jak żyję. Spore znaczenie ma to, że rodzina nie jest bardzo obciążona tym moim rytmem. Staram się, żeby trasa nie miała przerw. Wtedy mnie nie ma, a kiedy wracam, wszystko jest znów normalne.

Ma pan syna. Ile ma lat?

Siedemnaście.

Już? Rosną jak na drożdżach, prawda?

(Śmiech) Jest prawie tak duży jak ja.

Sprawia kłopoty?

Nie jest najgorzej. Ja też nie byłem najgorszym uczniem. Byłem prymusem.

Naprawdę?

Same piątki przez wszystkie lata szkoły podstawowej. W liceum było trochę gorzej, a studia mnie męczyły. Studiowałem ekonomię, proszę nie pytać, dlaczego. W domu powiedzieli mi, że to gwarancja przyszłości i pracy. Mi się wydawało ważne, że idę na studia, i tam, dokąd szli przyjaciele, poszedłem i ja.
Nie zmieniłem studiów, bo zrozumiałem, że nic mnie nie interesuje, więc ciężko byłoby potem coś skończyć. Albo mogłoby się nawet zdarzyć, że po jakichś ośmiu latach skończyłbym studia i do końca życia miałbym prace, której nie znoszę. Tak więc po półtora roku zrezygnowałem, bo zrozumiałem, że byłbym raczej słabym ekonomistą.

Publicznie pan przyznał, że jest pan czefurem. Także bestseller Czefurzy raus! Gorana Vojnovicia zaczyna się pana cytatem. Naprawdę jest pan czefurem i co to właściwie oznacza?

Czefur to… Myślę, że wyraz ten znajduje się teraz w Słowniku Języka Słoweńskiego (pojawił się w wydaniu z roku 1991, później został usunięty, przyp. autora), co bardzo mi się podoba. Słoweńców interesuje, kim jest czefur, więc się ujawniłem… (Śmiech). Słowenia ma z tym spory problem…
Skład narodowościowy wydaje się tu bardzo ważny, to w Słowenii najbardziej mi przeszkadza. Bo wydaje mi się, że ciężko jest o tym myśleć i się tym zajmować. Dlatego się ujawniłem… wydało mi się to zabawne… my żartowaliśmy. Mieliśmy na myśli stan ducha, bo przecież czysty narodowo Słoweniec też czuje się odrzucony, osamotniony i samotny jak czefur. U nas o takim stanie mówi się, że czujesz się jak w Teheranie.

Pana nazwisko Pešut jest w Słowenii bardzo rzadkie, noszą je tylko 34 osoby.

Myślałem, że jest nas jeszcze mniej. To jest moje pochodzenie. To serbsko-chorwackie nazwisko z Liki. Tam Pešutowie są Serbami i Chorwatami.

Co znaczy Pešut?

To są dziwne lickie nazwiska, takie jak Tarbuk, Beara, Pešut, Storebra i tak dalej. Myślę, że tam w przeszłości doszło do wymieszania Słowian i Wołochów. Część jest prawosławna, część katolicka, co oczywiście znów jest problemem.

A więc pochodzi pan z Belej Krajiny?

Ze strony matki, ojciec jest z Serbii. Wszyscy Pešutowie są teraz w Serbii, oprócz nas, którzy jesteśmy w Słowenii.

Imidż czefura wystylizował pan całkowicie. Czy pomagała panu wynajęta ekipa designerska czy wsłuchał się pan w wewnętrzne ja?

Podobnie jak z muzyką jest też z ubiorem. Tylko tak mogę się ubierać, jak to robię. Bo inaczej nie potrafię. To jest raczej spontaniczne działanie niż efekt jakiegoś ukutego planu. W tym też miałem tylko jedyną możliwość, jedyną drogę, którą poszedłem. Właściwie ubiór nie znaczy dla mnie nic specjalnego. Lubię być na scenie, chętnie występuję i z szacunku dla publiczności ubieram się ładnie i modnie.
Ostatnie dwa albumy były w kolorach bałkańsko-kowbojskich, a wkrótce będzie czas na coś nowego…
W zeszłym roku nagrałem coś nowego, wkrótce zostanie to wydane jako album. To jest muzyka do filmu Montevideo, bog te video, który osiągnął ogromny sukces w Serbii.
Oparty jest na autentycznych wydarzeniach, kiedy jugosłowiańska reprezentacja piłkarska zakwalifikowała się na pierwsze mistrzostwa świata w 1930 roku w Montevideo w Urugwaju. Byli prawdziwymi outsiderami, ale zabłysnęli. Chorwaci nie chcieli jechać, a kiedy siedzibę piłkarskiego związku Jugosławii przeniesiono z Zagrzebia do Belgradu, pojechali Serbowie.

Występuje pan w filmie?

W pewnym lokalu występuję z grupą. Właściwie muzykę napisałem sam, częściowo nagrałem ją z moimi muzykami, częściowo z orkiestrą symfoniczną wojska serbskiego. Orkiestrację zrobił Rok Golob. Może jest nieco a’la Morricone albo Rott. Dobrze się przy tym bawiłem.

Źródło:
www.delo.si

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Zdenko Matoz

Slovence zanima, kdo je čefur, pa sem se oglasil
intervju z Robertom Pešutom Magnifico

www.delo.si

Poleg resne mednarodne kariere, ki obsega izdajo albumov in turneje, je Magnifico spisal tudi glasbo za veliko srbsko filmsko uspešnico Montevideo, bog te video igralca in po novem še režiserja Dragana Bjelogrlića. Film bo kmalu prišel na naša platna, v kratkem pa bo izšel tudi Magnificov album z glasbo iz tega filma. V pogovoru nam je povedal nekaj zanimivosti o poteku zadnje turneje ter priznal, da je bil zelo priden otrok.

Nedavno ste se vrnili s turneje, večinoma po Nemčiji. Kje ste bili in kako je potekala?

Turnejo smo naslovili Tour d'Amour. Začela se je na Dunaju, končala v Pragi, vmes pa smo nastopili v številnih večjih nemških mestih. To je bil zimski del turneje, saj smo primerni tudi za klubske nastope. Igrali smo v različno velikih klubih, od takih, ki sprejmejo 300, do takih za 1500 ljudi. Veliko je podobnih kulturnim centrom, kot so Kino Šiška, Štuk in Cvetličarna.

Imajo rockovsko tradicijo?

Gre bolj za jazz klube, saj se občinstvo, ki mu je blizu jazz, bolj naklonjeno odziva na glasbe sveta.

Verjetno je tako občinstvo bolj dojemljivo za drugačnosti?

Pridejo ravno zaradi tega, ker jih zanimajo drugačne glasbene izkušnje.

Verjetno to še niso oboževalci Magnifica?

Ne. Ne morem reči, da imam v tujini oboževalce. Lahko pa povem, da imam tam nekaj občinstva, ki sem ga pridobil z zadnjima dvema ploščama, ki sta izšli v tujini. Moji koncerti na tujem so vsaj tako uspešni kot doma. Mogoče še boljši, ker me niso vajeni in smo precej drugačni. Klubi so bili polni, izjema je bil le Frankfurt, kjer je bil obisk bolj slab, koncert pa ravno tako dober.

Je med občinstvom veliko »gast¬arbajterjev« oziroma razseljenih ljudi iz nekdanje Jugoslavije?

Slovencev skoraj ni. Takega občinstva je deset odstotkov ali celo manj. Le na Dunaju jih je bilo nekaj več, ker jih tam pač tudi več živi, in bilo je več Slovencev. Večinoma pa so na koncertih domačini.

Kako organizirate turneje v tujini, imate svojega menedžerja, agencijo?

Sami tega ne bi zmogli. Evropskega trga ne obvladujemo. Imamo koncertno agencijo F-Cat iz Berlina. Tudi naša založba Piranha Records je iz Berlina. F-Cat je agencija, ki po Evropi organizira koncerte zvezdnikom jazza in glasb sveta, kot so AfroCubism, Angelique Kidjo, Céu, Cheikh Lô, Gilberto Gil, Khaled, Lenine, Salif Keita, Goran Bregović in številni drugi. Oni organizirajo moje koncerte po Evropi, razen v Sloveniji in državah, nastalih iz Jugoslavije. Tega si ni bilo niti treba izboriti, ker oni tukaj ne znajo delati.

Ste eden redkih slovenskih glasbenikov, ki ima tudi mednarodno glasbeno kariero. Kaj je bilo odločilno, glasba ali pa ste poznali nekoga, ki je poznal nekoga?

Če bi poznal nekoga, ki pozna nekoga, bi to že zdavnaj naredil. (Smeh) Dejal sem si, da bo pač mojo glasbo nekdo moral slišati ... Zgodilo se je s pesmijo Hir ai kam, hir ai go. Prijatelju od partnerja Igorja Ariha, ki se ukvarja tudi z marketingom, je bila ta pesem všeč in je rekel, da jo bo odnesel na Sony, kjer pozna neke ljudi. Kaj takega sem slišal že stokrat, tako da so bila moja pričakovanja nikakršna. Takrat pa se je zgodilo, da so iz italijanske podružnice korporacije Sony v manj kot mesecu dni poslali pogodbo. Potem pa je šlo zelo hitro, ko je v Italiji leta 2005 izšla plošča Export Import.

Lani ste podpisali pogodbo z nemško založbo Piranha in pri njej izdali album Magnification.

To je založba, ki dejansko usmerja tokove glasb sveta, so vodilni mnenjski vodje in ustanovitelji Womexa, kjer sem tudi nastopil.

Na koncu pa je bila vendarle odločilna glasba, ta vaša mešanica ne vem česa z ne vem čim?

Vprašujejo me, katera glasba je vplivala name, pa jim povem, da vse, kar sem slišal v življenju, predvsem po radiu. Nisem tipičen odjemalec glasbe, da bi dejal, ta in ta glasbeni žanr mi je všeč. Poslušam le radio, doma nimam nobene posebne zbirke plošč. Tudi stvari, ki mi niso všeč, so tako ali drugače vplivale name.
Ne znam reči, po kakšnem receptu ustvarjam.
Sicer pa nimam druge možnosti. Samo tako znam delati glasbo in nič drugače. To ni bila racionalna odločitev, to je bila edina mogoča pot.

Kdo je vložil denar za vašo promocijo v tujini? Vi, vaš menedžer, založba?

Založba in organizatorji koncertov. Povezali so se, saj so oboji iz Berlina, se poznajo in si pomagajo.

Kako gredo v promet vaše izdaje v tujini?

Doslej sta izšla dva albuma Export Import in Magnification, pri nas znan pod imenom Grande Finale. Slednji ima spremenjen naslov in tudi nekaj dodatkov s prejšnjega albuma. Naslov Grande Finale se jim je zdel preveč apokaliptičen, pa tudi pod tem naslovom je pri nas že izšel, zato smo ga spremenili.

Imate zelo razgiban delovnik. Včasih ste vse dneve doma, drugič vas vse dneve ni. Vaše družinsko življenje poteka po tem neustaljenem ritmu?

V bistvu niti nimam tako neustaljenega ritma, ker sem ugotovil, da moram imeti dokaj ustaljen ritem, če hočem kaj narediti. Hodim vsak dan, kot večina ljudi, v službo, torej sem (pokaže na svojo pisarno v prostorih, kjer imajo tudi prostor za vaje in studio, op. a.).
To počnem zelo rad in po tem se zelo razlikujem od večine uslužbencev. To je velik privilegij, ki ga sicer ne znam dovolj ceniti, zato ker živim tako, kot živim. Zelo veliko mi pomeni, da družina ni hudo obremenjena s tem mojim ritmom. Trudim se, da je turneja v kosu, da me takrat pač ni, ko se vrnem, pa je spet vse normalno.

Imate sina. Koliko je star?

Sedemnajst let.

Že? Rastejo kot koprive, mar ne?

(Smeh) Skoraj tako velik je kot jaz.

Ga kaj meče puberteta?

Niti ne tako zelo. Tudi jaz nisem bil težaven pubertetnik. Bil sem celo odličnjak.

Aja?

Same petice vsa leta osnovne šole. V gimnaziji je bilo malo slabše, na faksu sem pa opešal. Študiral sem ekonomijo, ne me spraševati, zakaj. Doma so mi rekli, da je v tem zagotovljena prihodnost in služba tudi. Meni se je zdelo pomembno, da grem na faks, in kamor so šli prijatelji, sem šel še jaz.
Faksa nisem zamenjal, ker sem ugotovil, da me nič ne zanima, in potem to težko končaš. Oziroma lahko bi se celo zgodilo, da bi ga po kakšnih osmih letih končal, dobil službo in do konca življenja opravljal delo, ki ga ne maram. Tako sem po letu in pol odnehal, ker sem ugotovil, da bi bil bolj slab ekonomist.

Javnosti ste jasno povedali, da ste čefur. Tudi knjižna uspešnica Čefurji raus! Gorana Vojnovića se začne s tem vašim citatom. Ste res čefur in kaj naj bi to sploh pomenilo?

Čefur je ... Mislim, da je beseda zdaj tudi zapisana v Slovarju slovenskega knjižnega jezika (pojavila se je v izdaji leta 1991, potem pa so jo odstranili, op. p.), kar mi je zelo všeč. Slovence zanima, kdo je čefur, pa sem se pač jaz oglasil ... (Smeh)
Slovenija ima s tem kar velik problem ...
Nacionalna komponenta se zdi tu zelo pomembna, to me v Sloveniji najbolj moti. Ker se mi zdi, da je tako težavno o tem razmišljati in se s tem ukvarjati. Zato sem se oglasil ... zdelo se mi je zabavno ... mi smo se zabavali. Mislili smo na stanje duha, saj se lahko tudi nacionalno čisti Slovenec počuti odmaknjenega, samega in osamljenega kot čefur. Pri nas temu občutku pravimo, da se počutiš kot v Teheranu.

Vaš priimek Pešut je v Sloveniji zelo redek, le 34 oseb ga ima.

Sem mislil, da nas je še manj. V glavnem je to moja žlahta. To je srbsko-hrvaški priimek iz Like. Tam so Pešuti in Srbi in Hrvati.

Pešut kaj pomeni?

To so ti čudni lički priimki, kot so Tarbuk, Beara, Pešut, Storebra in podobna. Mislim, da se je tam v preteklosti zgodila mešanica Slovanov in Vlahov. En del je pravoslaven, en del katoliški, kar je tam seveda spet težava.

Sicer pa vi prihajate iz Bele krajine?

Po mamini strani, oče je iz Srbije. Pešuti so zdaj vsi v Srbiji, razen nas nekaj, ki smo v Sloveniji.

Imidž čefurja ste stilizirali do popolnosti. Vam je bila v pomoč najeta dizajnerska ekipa ali ste prisluhnili notranjemu jazu?

Tako kot za glasbo velja tudi za oblačenje. Edino tako se lahko oblečem, kakor se. Ker se drugače ne znam. To je bolj izhod v sili kot posledica pretkanega načrta. Tudi pri tem sem imel le eno možnost, le eno pot, po kateri sem šel. Sicer mi oblačenje ne pomeni kaj posebnega. Sem pa rad na odru, rad nastopam in iz spoštovanja do občinstva se rad lepo stilsko oblečem.
Zadnja dva albuma sta bila balkansko kavbojsko obarvana, zdaj pa bo kmalu čas za novega ...
Lani sem enega posnel, kmalu bo kot album tudi izšel. To je glasba za film Montevideo, bog te video, ki je postal ena največjih uspešnic v Srbiji.
Nastal je po resničnih dogodkih, ko se je jugoslovanska nogometna reprezentanca uvrstila na prvo svetovno prvenstvu v nogometu leta 1930 v Montevideu v Urugvaju. Bili so pravi outsiderji, a so zablesteli. Hrvati niso hoteli iti, ko pa so sedež Nogometne zveze Jugoslavije preselili iz Zagreba v Beograd, so šli Srbi.

Se pojavite v filmu?

V nekem lokalu nastopam s skupino. Sicer pa sem glasbo delal sam, snemal nekaj s svojimi glasbeniki, drugo pa s simfoničnim orkestrom srbske vojske, orkestracije je naredil Rok Golob. Mogoče je nekoliko morriconejevska ali pa rottovska. Zelo sem užival pri tem.

Vir:
www.delo.si
fot. Jure Matoz