Ženja Leiler

Misja kulturalna Bałtyk

Sankt Petersburg, Wilno, Gdańsk - Delo, Dodatek sobotni, 29.11.2008

A następnie pojawiło się pytanie: Dlaczego w ogóle mielibyśmy się interesować słoweńską kulturą?

Anna Bodrova jest Rosjanką. Urodziła się w Sankt Petersburgu, kiedy to był jeszcze Leningrad. Ponieważ jej przyjaciel, pisarz, studiował serbsko-chorwacki, sama też zapisała się do instytutu języków południowosłowiańskich petersburskiego uniwersytetu. „W życiu często robimy coś, co trudno wytłumaczyć, a jeszcze trudniej zrealizować” – mówi mi z uśmiechem, kiedy przed pomnikiem Jeźdźca Miedzianego, którego na cześć Piotra Wielkiego ufundowała Katarzyna Wielka, a który stał się słynny dzięki znakomitemu wierszowi Puszkina, gramolimy się z uniwersyteckiego kombi.

Później, kiedy była studentką, Anna występowała podczas rosyjskiego święta narodowego na pewnej imprezie. Moja pani profesor oznajmiła wszystkim, że mam urodziny, opowiada dalej. Na końcu imprezy przyszedł do mnie przedstawiciel Nowego Banku Lublańskiego w Sankt Petersburgu i podarował mi prezent – bilet lotniczy do Lublany! To odmieniło moje życie. Lublana całkowicie mnie pochłonęła, zupełnie tak jak język słoweński. Anna zapisała się na język słoweński i dziś wykłada go na uniwersytecie petersburskim. Jest lektorką języka słoweńskiego. Pisała doktorat z Cankara i ma trzydzieści lat.

W następnym tygodniu, bo tyle trwała nasza bardzo intensywna literacko-filmowa wizyta w trzech bałtyckich miastach, słyszałam jeszcze wiele historii o tym, dlaczego ktoś, kto nie jest Słoweńcem, wybiera studia języka słoweńskiego. Ale historia Anny, także dlatego, że znajdujemy w niej też przypadek i przewrotną uprzejmość oraz kulturę bankiera, była najbardziej romantyczna.

Sankt Petersburg

Kiedy oglądamy Jeźdźca Miedzianego, wieje chłodny, bałtycki wiatr. Anna, jak wszędzie podczas naszego zwiedzania miasta, znów zasypuje nas informacjami. Nie znam nikogo, kto o swoim mieście rodzinnym wiedziałby tyle, ile ona. Kiedy, kto, jak, dlaczego – zna wszystkie większe budynki i wiele razy powtarza, że Petersburg stoi nie tylko na drewnianych balach, ale także na milionach kości ludzi, którzy go budowali. Rzeczywiście, ciężko sobie wyobrazić, że przed trzystu laty były tu niekończące się, gdzieniegdzie tylko zasiedlone bagna, a już dwadzieścia lat później miasto, które na długo stało się stolicą największego państwa świata i wymierzało los Rosjan. Przerażający ogrom, pewna siebie ambicja, także jakaś irracjonalna wyniosłość petersburskich obszerności – wszystko to rzeczywiście robi wrażenie.

Światło do fotografowania jest wyśmienite, Goran (Vojnović), najmłodszy członek naszej ekspedycji, któremu na szyi wszędzie towarzyszy cyfrowy Canon, jest zachwycony. Przy imponującym Jeźdźcu Miedzianym wychodzą mu dwa naprawdę dobre portrety Vlado (Žabota) i Dušana (Šarotara), których nie można zgubić w żadnym tłumie z powodu kapeluszy, których podczas naszej bałtyckiej misji nigdy nie odkładają. Myślę, że dla nich, urodzonych po wschodniej strony Mury, Bałtyk jest w gruncie rzeczy bardzo rodzimym krajobrazem. Równina, jak okiem sięgnąć. Kiedy kolejnego wieczoru w kawiarni Zindan na uniwersytecie petersburskim mamy pierwszy występ literacki, wydaje mi się, że melancholijnie powolny rytm ich stylu pisania, który krajobraz wyraża na kształt życia wewnętrznego, w rosyjskim przekładzie znalazł bardzo adekwatny język. Melodia języka, która zamienia ich prozatorski język słoweński w rosyjski, brzmi jak poezja. Nagle inne brzmienie ma wiersz Tomaža (Šalamuna) Człowiek. Zdania wypowiadane melodycznie konkretniej, nie płyną jednakowo, jakby rozmawiały ze sobą. A mówią, że właśnie to, co traci się w przekładzie, jest poezją! Kiedy Mitja (Čander), redaktor wydawnictwa Študentska založba, głównego pomysłodawcy i organizatora naszej wizyty, dziękując podczas przemówienia kieruje do Anny parę podniosłych słów, Annie jest niezręcznie przetłumaczyć je na język rosyjski. Zamiast tego kieruje podziękowania do profesor i kierowniczki instytutu języków południowosłowiańskich petersburskiego uniwersytetu Mariannie Beszadzkiej, której to zawdzięczamy wydanie wszystkich przekładów słoweńskiej literatury w języku rosyjskim. Profesor nadzwyczajna (hierarchię uniwersytecką czuć tutaj w wierszach, nie tylko między nimi!) stanowczo jej przerywa, mówiąc: „tego nie powiedział”! W tym przekładzie poezja rzeczywiście została zatracona.

Prozę życia odkrywa następnie sama profesor, kiedy wyjawia, że około 140-milionowy rosyjski rynek książki jest taki jak każdy inny na świecie. Interesuje go zysk. Czego nie da się sprzedać, nie da się wydrukować. Dlatego możliwości dla przekładów literatury słoweńskiej są mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Pieniądze pustoszą także petersburski lektorat języka słoweńskiego, który jest jednym z pięćdziesięciu czterech, które mamy dzisiaj na planecie i na których można uczyć się słoweńskiego jako języka obcego. Słowenistyczne studia podyplomowe są możliwe tylko na dwudziestu jeden uniwersytetach na świecie.

Kiedy następnie słucham rosyjskiego przekładu znakomitego debiutu prozatorskiego Gorana Čefurji raus!, zastanawiam się, czy powieść, która swoich bohaterów kreuje właśnie przy pomocy języka, traumy wszystkich imigrantów i maksymy wszystkich autochtonów, w ogóle można oddać w innym języku bez straty w przekładzie. Nawet, jeśli wszystkie miasta i państwa mają swoich čefurów. Studenci w kawiarni przy czytaniu fragmentu powieści, która oczywiście nie skąpi w skarbach wulgaryzmów bałkańskiej babilońszczyzny, śmieją się na głos. Nie tylko w Petersburgu, tak samo dzieje się w Wilnie i Gdańsku. Goran jest bowiem gwiazdą naszej podróży. Jeśli do Tomaža należy pierwszeństwo na odczytach literackich, Goranovi przypada finał. Między nimi Vlado, następnie moje dziennikarskie zapiski, Dušan, który decyduje się czytać ze swojego najnowszego tomu wierszy Dom mojego syna, za nim Mitja z esejami literackimi. Na końcu zawsze pojawia się Goran i podnosi temperaturę.

Drugą gwiazdą jest oczywiście Jan (Cvitkovič). Razem z Goranem zajmują pierwszy z dwóch wieczorów, które mamy w każdym mieście. Na wszelkich możliwych nośnikach kręcą się ich filmy krótkometrażowe, Fužiny rulez Gorana oraz Serce jest kawałkiem mięsa i Wiem Jana. A na koniec jeszcze oczywiście Od grobu do grobu Jana, który w Kinie Dom na ulicy Karavanna 12 staromodnie tłumaczą na żywo. Dlatego podczas następnego wieczoru już wszyscy ich znają i w związku z tym uwielbiają. Dobrze, że nie wiedzą, że Jan teraz jest także poetą. Chwilę przed naszym wyjazdem trafiły bowiem do rodzimych księgarni wydania jego debiutu poetyckiego. Głodny zwierz.

Wilno

Z Petersburga do stolicy Litwy nie ma bezpośredniego lotu, przy słońcu, które podróżuje nisko na widnokręgu, sporą część dnia spędzamy na lotnisku w Rydze. Widok jest znajomy, jak na Brniku, tylko zamiast sosen patrzymy na brzozy. Rozpieszczeni palącą Rosją siadamy w nieprzyzwoicie małej lotniskowej palarni. Podłączamy się do globalnej sieci, najwięcej czasu spędza na tym Renata (M. Zamida), nasza nie tylko cierpliwa organizatorka, którą w domu w wydawnictwie czeka obszerna biurokracja przy realizacji najrozmaitszych projektów. Byliśmy w telewizji, oznajmia. Wiemy, ich korespondent Andrej Stopar – jak również sympatyczna zastępczyni doradcy w naszej ambasadzie w Moskwie Tjaša Peče – „tylko” z powodu nas przyleciał z Moskwy do Petersburga. Tak powinno być.

Wilno, obok Linzu, będzie w nadchodzącym roku kulturalną stolicą Europy. Z powodu opóźnienia samolotu przybywamy w ciemności. Kiedy z hotelu niemal biegniemy na jeden z najstarszych uniwersytetów w Europie, zwracam uwagę na błyszcząco pomalowane i odnowione fasady tego gotycko-barokowego miasta, które jest uważane za jedno z największych zachowanych starych miast w Europie. Coś mnie niepokoi, a co, uświadamiam sobie dopiero następnego dnia, kiedy snuję się po jego wypolerowanych ulicach. Nigdzie ani śladu jakiejś budowy albo jeszcze nieodnowionego budynku, nigdzie żadnych śmieci, na parterze same elitarne, drogie i puste sklepy. Pięknie jak w bajce, ale sterylnie, niemal nierealnie.

Miegle, studentki słowenistyki, która prowadzi nas na uniwersytet, słucham podczas drogi jak policjant. Słoweński to najpiękniejszy język na świecie, mówi, a Lublana to najpiękniejsze miasto. Dlaczego, pytam. Tego nie potrafi wytłumaczyć. Chciałabym mieszkać u was, jesteście tacy życzliwi. (Naprawdę?) A tu nie są? Tu wszyscy są depresyjni, odpowiada. Moi rodzice są przekonani, że za Związku Radzieckiego było lepiej. Nie biorę tego dosłownie. Młody człowiek jest z natury wątpiący i wszystko, co własne, wydaje mu się ciemniejsze od obcego. Prawdą jest, że transformacja w państwach byłego bloku wschodniego miała różne odcienie szarości. Z Litwy tysiące ludzi wyjechało szukać swojej przyszłości gdzie indziej i to już jest problem demograficzny. A skoro już mówimy o życzliwości: podczas całej naszej podróży właśnie w Wilnie było jej najwięcej.

Po uniwersytecie rzeczywiście widać jego lata. Zapach starych książek i starego drewna, oddalony dźwięk chóru akademickiego, który ćwiczy chorały, w powietrzu motywacja do studiowania. Wielka sala czeka na nas wypełniona po brzegi. Podczas gdy wieszamy płaszcze, dostajemy owacje. Podczas przemówienia Jeleny Konickiej, profesor słowenistyki na katedrze filologii słowiańskiej wydziału filologicznego – bez jej entuzjazmu język słoweński na tym uniwersytecie nie byłby studium dyplomowym – przybywa przywitać nas rektor uniwersytetu, a następnie studentki prowadzą program i rozmowy z naszymi gwiazdami filmowymi. Ich język słoweński jest niewiarygodny. My, słoweńscy goście, niemalże każdy ze swoją lokalną wymową, one, litewskie gospodynie, z nadzwyczaj pięknym, niemalże cankarjewym słoweńskim. Profesor Konicka, Litwinka, jest prawdziwą mistrzynią, jej studenci – tych w Wilnie jest w tym roku siedemnaścioro – mówią po słoweńsku po pół roku. My litewskiego nie rozumiemy ani trochę. Kiedy następnego dnia na wieczorze literackim w towarzystwie pisarzy słuchamy przekładów naszych fragmentów po litewsku (je także przygotowali studenci języka słoweńskiego), przyznaję sobie, że mogliby mnie na Litwie sprzedać. Nie, nie, słoweński nie jest bliski litewskiemu, najbliższy jest słowackiemu, na nasz zachwyt poważnie odpowiada nowa słoweńska lektorka w Wilnie Lara Pižent.

Gdańsk

O piątej rano zmarznięci i niewyspani stoimy przed hotelem i czekamy na kombi. Lecimy przez Warszawę, również z Wilna nie ma samolotu do Gdańska. Jak gdyby bałtyckie miasta pod względem ruchu lotniczego zmówiły się przeciw sobie. Vlado musi od razu jechać na uniwersytet, gdyż ma wykład. Pocieszamy go, że teraz jest w formie, przecież poprzedniego dnia triumfował przed pełną aulą w Wilnie. Wy, którzy idziecie do hotelu, możecie nadrobić parę nocnych godzin, mówi. Maša Guštin, słoweńska lektorka na gdańskim uniwersytecie, założycielka towarzystwa promocji kultury Czar Słowenii i wspólnie ze Študentską založbą organizatorka naszej bałtyckiej misji, zadowolona (słusznie!) sama z siebie pokazuje świeże wydanie Gazety Wyborczej, która prawie pół strony swojego dodatku kulturalnego poświęca naszej wizycie. Podobnie regionalny Dziennik Bałtycki. To jest piękne przywitanie, które jest oficjalnie kontynuowane wieczorem w Dworze Artusa, gdzie goszczą nas prezydent, dziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego oraz kierowniczka Katedry Slawistyki, a także nasz ambasador w Warszawie Jože Drofenik, prezes Stowarzyszenia polsko-słoweńskiej przyjaźni Triglav-Rysy Marko Dolžan… Jednym słowem mówców jest niemało. Najcenniejszy na końcu. Polski pisarz, scenarzysta i dramaturg Paweł Huelle. Ten mistrz metafizycznego realizmu, a przede wszystkim jeden z najbardziej cenionych współczesnych polskich pisarzy – w języku słoweńskim tego lata otrzymaliśmy przekład jego mistrzowskiego debiutu Weiser Dawidek (1987) i przedostatniej powieści Castrop (2004) – nie hołdował zwykłej życzliwej retoryce. Skrytykował polskich polityków za to, że niesłusznie ignorują Słowenię i wysłał ich na kurs do słoweńskich kolegów. Jeśli dla Polaków słoweńscy politycy są wzorem, to rzeczywiście musi być z nimi coś nie tak, dyplomatycznie zachowajmy to każdy dla siebie. Huelle miał być naszym gościem honorowym także na wieczorze literackim w sopockim klubie Stary Rower, gdzie mam do niego mnóstwo pytań, ale niestety chwyciła go, tego piewcę słoweńskiej literatury, grypa.

Kolejnego dnia w miłej kawiarni Kawalerka w środku malowniczej starówki Maša przygotowuje nam konferencję prasową i kilku dziennikarzy ku zaskoczeniu naprawdę przychodzi. Już pierwsze pytanie, a także kilka kolejnych, które stawia dziennikarz z Polskiej Agencji Prasowej, działają jak otrzeźwienie. Dlaczego Polacy mieliby coś wiedzieć o słoweńskiej literaturze, rzuca nam w twarz. Odbiera nam dech, ale nie dlatego, że było to nieco niegrzeczne, tylko z powodu wyniosłości i świadomej ignorancji. Chcę mu powiedzieć, to prawda, dlaczego wy mielibyście wiedzieć coś o nas – i w ogóle, dlaczego my mielibyśmy wiedzieć coś o was? Najlepiej, jeśli wszyscy razem się obwarujemy i jak najmniej będziemy niepokoić się nawzajem. Na szczęście nasz Tomaž, światowy człowiek, przyzwyczajony do jeszcze gorszych prowokacji, grzecznie i cierpliwie odpowiada, że mamy w Słowenii wydanych osiemdziesięciu polskich poetów i że przekładaliśmy polskich pisarzy, kiedy na Wschodzie nikt o tym nawet nie pomyślał, a teraz interesuje go, ilu polskich poetów jego generacji (tak na oko, urodzonych w latach sześćdziesiątych) zna szanowny dziennikarz. Ten trochę cynicznie się uśmiecha i mówi, wie pan, studiowałem polonistykę. Wspaniale, odpowiada mu Tomaž (jego nieskończona grzeczność mnie zachwyca), zatem pytanie nie jest dla pana zbyt trudne. W zasadzie nie znoszę poezji, mówi dziennikarz. Aha... wisi w powietrzu. Przez następnych parę sekund panuje nieprzyjemna cisza, wszak boimy się, żeby nie powiedział jeszcze, że nie znosi także prozy i nie znosi literatury. Kiedy później dziennikarka lokalnej telewizji podobnym tonem pyta, czy uważam, że przyszłość Europy leży w tym, że zunifikujemy kulturę i zamażemy różnice, sama także spokojnie odpowiadam, że to zależy także od tego, na ile jesteśmy ciekawi, jak bardzo w gruncie rzeczy interesujemy się sobą nawzajem. Zarówno oni, którzy uważają się za duży naród i takim też są, jak i my, którzy jesteśmy jakąś europejską mniejszością, čefurami, powiedziałby Jan, ale jesteśmy, przynajmniej według moich skromnych doświadczeń, nieporównywalnie bardziej ciekawi, otwarci na innych niż duzi. Dobrze, że przyszła na konferencję prawdziwa znawczyni literatury, która dla każdego przeznaczyła odpowiedni czas i zadaje mądre pytania. Gdyż ją – rzeczywiście interesuje.

Później kontynuujemy rozmowę. W domu zawsze wymądrzamy się o istotności promocji słoweńskiej kultury. Ale gdzie ona w zasadzie się zaczyna? Słoweńskie lektoraty i katedry słowenistyki na zagranicznych uniwersytetach są właśnie jednym z takich lansowanych placów. I od razu znów ze wzburzeniem debatujemy. Maša skarży się, ze większość lektoratów posiada tylko skromne biblioteki ze literaturą słoweńską. A szczególnie obecnie. Mamy pomysł: dlaczego oprócz obowiązkowych wydań książkowych wszystkie subwencjonowane książki słoweńskie nie mogłyby trafiać na słoweńskie lektoraty? Myśl unosi się w zadymionym powietrzu i Vlado już liczy, ile to by kosztowało. Następnie godzimy się na oszczędny kompromis: a może chociaż te, które zdobywają jedną z nagród, powiedzmy Kresnika, Prešerna, Jenka, Rožanca i co tam jeszcze jest w tej pierwszej lidze nagród. Prawda, dlaczego nie? Kiedy tak mędrkujemy i porządkujemy świat oraz chwalimy tych wszystkich, którzy nas gościli, pada uwaga: a co jest robione dla tego, żeby w skromnych kadrowych, przestrzennych i finansowych rozmiarach szerzyć słoweński język i kulturę. W większości nawet im nie dziękujemy. Tak samo przez się nam się wydaje, że się nam należą. Jacyś dobrowolni ambasadorzy słoweńskiej kultury.

Ostatni wieczór literacki niemal triumfalnie zamyka naszą bałtycką misję. W miłej sopockiej kawiarni siedzą studenci z wszystkich lektoratów języka słoweńskiego w Polsce. Katowice, Bielsko-Biała, Kraków, Łódź, Warszawa… Niektórzy jechali pociągiem 48 godzin! Kawiarnia wypełniona po brzegi, internetowa audycja pirańskiego Radia Tartini, które nas pozdrawia, skupiona publiczność, pytania. Jan nie byłby sobą, gdyby gdzieś z tyłu nie zapytał Gorana w poprawnej polszczyźnie, czy ten uważa się za čefura. Goran, który na moment się zmiesza, na początku nie wie, kto go właściwie pyta, odpowiada w ten sposób: to, co mogę powiedzieć o sobie, to że jestem kujonem. To był właściwie nasz całkiem prywatny żart, ale bardzo skuteczny. Bez problemu rozśmiesza całą salę. Rozumieją. Wydaje się, że nasza misja skończyła się w dobrym tonie.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

Ženja Leiler

Kulturna misija Baltik

Sankt Peterburg, Vilnius, Gdansk – Delo, Sobotna priloga, 29.11.2008

In potem je prišlo vprašanje: Zakaj pa naj bi se mi sploh zanimali za slovensko kulturo?
Anna Bodrova je Rusinja. Rodila se je v Sankt Peterburgu, ko je bil še Leningrad. Ker je njen prijatelj, pisatelj, študiral srbohrvaščino, jo je na oddelku za južnoslovanske jezike peterburške univerze vpisala tudi sama. »V življenju marsikdaj storimo kaj, kar si težko razložimo, še težje upravičimo,« mi smeje reče, medtem ko se pred spomenikom Bronastega jezdeca, ki ga je na čast Petru Velikemu postavila Katarina Velika, zaslovel pa je z znamenito Puškinovo pesnitvijo, kobacamo iz univerzitetnega kombija.

Ko je bila potem študentka, je Anna ob ruskem državnem prazniku nastopala na neki prireditvi. Moja profesorica je vsem razložila, da imam rojstni dan, razlaga naprej. Ob koncu prireditve je prišel k meni predstavnik Nove Ljubljanske banke v Sankt Peterburgu in mi poklonil darilo – letalsko vozovnico za Ljubljano! To je spremenilo moje življenje. Ljubljana me je povsem prevzela, prav tako slovenščina. Anna je vpisala še slovenski jezik in ga danes na peterburški univerzi tudi poučuje. Je lektorica slovenskega jezika. Doktorirala je iz Cankarja in ima trideset let.

V naslednjem tednu, kolikor je trajalo naše zelo zgoščeno literarno-filmsko gostovanje v treh baltskih mestih, sem slišala še veliko zgodb o tem, zakaj si nekdo, ki ni Slovenec, sploh izbere študij slovenskega jezika. A Annina zgodba, tudi zato, ker so vanjo pač posegli naključje in premetena prijaznost ter kultiviranost bančnika, je bila najbolj romantična.

Sankt Peterburg

Ko si ogledujemo Bronastega jezdeca, gre mrzel baltski veter do kosti. Anna je, kot že vseskoz med našim ogledom mesta, spet polna podatkov. Ne poznam nikogar, ki bi o svojem rojstnem mestu vedel toliko kot ona. Kdaj, kdo, kako, zakaj – vse veličastne stavbe pozna in dostikrat pove, da Peterburg stoji ne le na lesenih kolih, ampak tudi na milijonih kosti ljudi, ki so ga gradili. Res si je težko predstavljati, da je bilo tu pred dobrimi tristo leti neskončno, komaj kje poseljeno močvirje, že dvajset let pozneje pa mesto, ki je za dolgo prevzelo prestolništvo največje države na svetu in krojilo usodo Rusov. Grozljiva velikopoteznost, samozavestna ambicioznost, tudi nekakšna iracionalna nadutost peterburških razsežnosti: vse to te resnično prevzame.

Svetloba za fotografiranje je odlična, je navdušen Goran (Vojnović), najmlajši član naše odprave, ki mu okoli vratu vseskoz binglja digitalni canon. Ob boku impozantnega Bronastega jezdeca mu uspeta dva res dobra portreta Vlada (Žabota) in Dušana (Šarotarja), ki ju zaradi njunih klobukov, ki ju med našo baltsko misijo nikdar ne odložita, ni težko pogrešiti v nobeni gneči. Pomislim, da je zanju, rojena na vzhodni strani Mure, Baltik pravzaprav zelo domača pokrajina. Ravnina, do koder seže oko. Ko imamo naslednji večer v kavarni Zindan na peterburški univerzi prvi literarni nastop, se mi zdi, da je melanholično počasen ritem njune pisave, ki pokrajino ubeseduje kot podobo notranjega življenja, v ruskem prevodu našel zelo ustrezen jezik. Melodija jezika, ki prestavlja njuno prozno slovenščino v ruščino, se sliši kot pesnitev. Precej drugačen zven ima Tomaževa (Šalamun) pesem Človek. Stavki pojejo melodično konkretneje, ne tečejo enakomerno, kot bi se pogovarjali med seboj. Pa pravijo, da je tisto, kar se izgubi s prevodom, prav poezija! Ko Mitja (Čander), urednik Študentske založbe, glavnega pobudnika in organizatorja našega gostovanja, v zahvalnem govoru na univerzi nameni Anni nekaj vznesenih besed, je Anni prenerodno, da bi jih prevedla v ruščino. Namesto tega zahvalo nameni profesorici in predstojnici oddelka za južnoslovanske jezike peterburške univerze Marianni Beršadski, ki je sicer zaslužna za izid marsikaterega prevoda slovenske literature v ruščino. Nadrejena profesorica (univerzitetno hierarhijo je tu čutiti v vrsticah, ne samo med njimi!) jo grobo prekine, rekoč, ni rekel tega! Poezija je bila s tem v tem prevodu res izgubljena.

Prozo življenja potem detektira profesorica sama, ko razlaga, da je ruski, kar 140-milijonski knjižni trg tak kot pač vsi drugi na svetu. Zanima ga dobiček. Česar ni mogoče prodati, ni mogoče natisniti. Možnosti za prevode slovenske literature so tako manjše kot kadarkoli doslej. Denar pustoši tudi peterburški slovenski lektorat, ki je sicer eden izmed štiriinpetdesetih lektoratov, kolikor jih imamo danes na planetu in na katerih se je mogoče slovenščino učiti kot drugi tuj jezik. Dodiplomski študij slovenistike je doma le na enaindvajsetih univerzah po svetu.

Ko potem poslušam ruski prevod odlomka iz Goranovega odličnega proznega prvenca Čefurji raus!, razmišljam, ali je roman, ki svoje junake vzpostavlja prav ob pomoči jezika, travme vseh prišlekov in maksime vseh domačinov, sploh mogoče prestaviti v drugi jezik brez izgube v prevodu. Pa čeprav imajo vsa mesta in vse države svoje čefurje. Študentje v kavarni se ob branju odlomka iz romana, ki seveda ne varčuje z zakladnico vulgarizmov balkanske babilonščine, na glas smejijo. Ne le v Peterburgu, enako se zgodi v Vilniusu in Gdansku. Goran je sicer zvezda našega gostovanja. Če gre Tomažu na literarnih branjih prvenstvo, pripada Goranu finale. Med njima Vlado, potem moje kolumnistične pisarije, pa Dušan, ki se odloči za branje iz svoje najnovejše pesniške zbirke Hiša mojega sina, za njim Mitja z literarnimi eseji. Na koncu vedno pride Goran in dvigne temperaturo.

Druga zvezda je seveda Jan (Cvitkovič). Skupaj z Goranom zasedeta prvega od sicer dveh večerov, kolikor jih imamo v vsakem mestu. Z vseh mogočih nosilcev vrtijo njune kratke filme, Goranov Fužine zakon in Janova Srce je kos mesa in Vem. Pa za konec seveda še Janov Odgrobadogroba, ki ga v Dom Kinu na ulici Karavanna 12 staromodno prevajajo kar v živo. Drugi večer ju potem že vsi poznajo in temu primerno obožujejo. Še dobro, da ne vedo, da je Jan po novem tudi pesnik. Tik pred našim odhodom so namreč v domače knjigarne prišli izvodi njegovega pesniškega prvenca. Lačna žival.

Vilnius

Iz Peterburga do litovske prestolnice ni neposrednega leta, ob soncu, ki potuje nizko čez obzorje, dobršen del dneva tako preživimo na letališču v Rigi. Pogled je domač, kot na Brniku, le da namesto smrek zremo v breze. Razvajeni kadilske Rusije zasedemo nespodobno majhno letališko kadilnico. Priklapljamo se na svetovni splet, še najdlje Renata (M. Zamida), naša več kot potrpežljiva organizatorka, ki jo doma na založbi čaka zajetna birokracija oddaj najrazličnejših projektov. Bili smo na nacionalki, poroča. Vemo, njihov dopisnik Andrej Stopar – kot tudi simpatična druga svetovalka na našem veleposlaništvu v Moskvi Tjaša Peče – je »le« zaradi nas priletel iz Moskve v Peterburg. To godi.

V Vilnius, poleg Linza bo prihodnje leto kulturna prestolnica Evrope, zaradi zamude letala pridemo v temi. Ko iz hotela skorajda tečemo na eno najstarejših univerz v Evropi, opazim bleščeče pobarvana in obnovljena pročelja tega gotsko-baročnega mesta, ki velja za eno največjih ohranjenih starih mest v Evropi. Nekaj me zmoti, a kaj, ugotovim šele naslednji dan, ko pohajkujem po njegovih zloščenih ulicah. Nikjer niti sledu o kakšnem gradbišču ali še ne prenovljeni stavbi, nikjer nobenih smeti, v pritličju same elitne, drage in prazne trgovine. Pravljično lepo, a sterilno, skoraj nerealno.

Miegle, študentko slovenistike, ki nas spremlja do univerze, na poti zaslišujem kot kak policist. Slovenščina je najlepši jezik na svetu, mi reče, in Ljubljana najlepše mesto. Zakaj, vprašam. Tega ne zna razložiti. Takoj bi živela pri vas, tako prijazni ste. (Res?) Tu niso? Tu so vsi depresivni, odvrne. Moji starši so prepričani, da je bilo pod Sovjeti bolje. Ne vzamem dobesedno. Mlad človek je pač pregovorno dvomljivec in se mu vse domače zdi temnejše od tujega. Drži pa tudi, da je imela tranzicija v državah bivšega vzhodnega bloka različne odtenke sivine. Iz Litve je odšlo na tisoče ljudi iskat svojo prihodnost drugam in to je že demografski problem. A če že govorimo o prijaznosti: na vsej naši poti je je bilo prav v Vilniusu največ.

Univerzi se njena leta res poznajo. Vonj starih knjig in starega lesa, oddaljen zvok akademskega zbora, ki vadi korale, v zraku motiviranost za študij. Velika dvorana nas pričaka nabito polna. Medtem ko obešamo plašče, nam ploskajo. Sredi govora Jelene Konicke, profesorice slovenistike na katedri za slovansko filologijo filološke fakultete – brez njenega entuziazma slovenščina na tej univerzi še danes ne bi bila diplomski študij –, nas pride pozdravit rektor univerze, potem pa študentke povezujejo program in pogovora z našima filmskima zvezdnikoma. Njihova slovenščina je neverjetna. Mi, slovenski gostje, skorajda vsak s svojo lokalno obarvano govorico, one, litovske gostiteljice, z izjemno lepo, skorajda cankarjansko slovenščino. Profesorica Konicka, sicer Litovka, je res mojstrica, njeni študenti – teh je v Vilniusu letos sedemnajst – govorijo slovensko v pol leta. Mi litovsko ne razumemo nič. Ko naslednji dan na literarnem večeru v društvu pisateljev poslušamo prevode naših odlomkov v litovščino (tudi tu so jih pripravili študentje slovenščine), si priznam, da bi me v Litvi lahko prodali. Ne, ne, slovenščina ni blizu litovščini, še najbliže je slovaščini, na naše navdušenje stvarno odgovarja nova slovenska lektorica v Vilniusu Lara Pižent.

Gdansk

Ob petih zjutraj premraženi in neprespani stojimo pred hotelom in čakamo na kombi. Letimo prek Varšave, saj tudi iz Vilniusa ni leta do Gdanska. Kot bi se baltska mesta glede zračnega prometa zarotila drugo zoper drugega. Vlado mora že zgodaj na univerzo, ker ima predavanje. Tolažimo ga, da je zdaj že v formi, saj je prejšnji dan triumfiral pred polno predavalnico v Vilniusu. Lahko vam, ki greste v hotel nadomestit nekaj nočnih ur, reče. Maša Guštin, slovenska lektorica na gdanski univerzi, poganjalka društva za promocijo kulture Čar Slovenije in skupaj s Študentsko založbo organizatorka naše baltske misije, zadovoljna (upravičeno!) sama s sabo kaže svežo izdajo poljskega dnevnika Gazeta Wyborcza, ki skoraj pol strani svoje kulturne priloge posveča našemu gostovanju. Podobno regionalni Dziennik Bałtycki. To je lepa dobrodošlica, ki se uradno nadaljuje zgodaj zvečer v Dvoru Artusa, mestni hiši, kjer nas sprejmejo župan, dekan filološke fakultete gdanske univerze, pa predstojnica katedre za slavistiko, tudi naš veleposlanik v Varšavi Jože Drofenik pa predsednik Društva poljsko-slovenskega prijateljstva Triglav Marko Dolžan … skratka govornikov ni malo. Najdragocenejši na koncu. Poljski pisatelj, scenarist in dramaturg Paweł Huelle. Ta mojster metafizičnega realizma in predvsem eden najbolj spoštovanih sodobnih poljskih pisateljev – v slovenščini smo lani dobili prevod njegovega mojstrskega prvenca David Weiser (1987) in predzadnjega romana Castorp (2004) – ni upošteval običajne prijazne pozdravne retorike. Okregal je poljske politike, češ da neupravičeno ignorirajo Slovenijo, in jih poslal na učno uro k slovenskim kolegom. Če so za Poljake slovenski politiki vzor, potem mora biti pa z njimi res nekaj hudo narobe, diplomatsko zadržimo vsak zase. Huelle bi moral biti naš častni gost tudi na literarnem večeru v sopotskem klubu Stary Rower, kjer imam zanj že kup vprašanj, a ga je, tega navdušenca nad slovensko literaturo, žal zgrabila gripa.

Naslednji dan nam Maša v prijetni kavarni Kawalerka sredi slikovitega starega mestnega središča priredi tiskovno konferenco in nekaj novinarjev čisto zares tudi pride. Že prvo vprašanje in še nekaj naslednjih, ki jih postavi novinar poljske državne tiskovne agencije, delujejo kot streznitev. Zakaj pa bi morali Poljaki kaj vedeti o slovenski literaturi, nam vrže v obraz. Vzame nam sapo, a ne zato, ker je bilo to malce nevljudno, temveč zaradi nadutosti in zavestne ignorance. Hočem mu reči, saj res, zakaj pa bi vi morali kaj vedeti o nas – in sploh, zakaj bi morali mi kaj vedeti o vas? Najbolje, da se vsi skupaj zagradimo in čim manj motimo drug drugega. Na srečo naš Tomaž, svetovljan, navajen že hujših provokacij, prijazno in potrpežljivo odvrne, da imamo v slovenščini objavljenih osemdeset poljskih pesnikov in da smo poljske pisatelje prevajali, ko si kaj takega na Vzhodu niti pomisliti niso upali, pa ga zdaj zanima, koliko poljskih pesnikov svoje generacije (takole na oko, rojene v šestdesetih) pa pozna spoštovani novinar. Ta se malce cinično posmehne in reče, veste, sem študiral polonistiko. Lepo, mu odvrne Tomaž (njegova neskončna vljudnost me navdušuje), potem pa vprašanje za vas res ni pretežko. Pravzaprav ne maram poezije, reče novinar. Aha … obvisi v zraku. In smo potem nekaj sekund mučno tiho, saj nas je strah, da ne bo rekel še, pa tudi proze ne maram in sploh ne maram literature. Ko me pozneje novinarka lokalne televizije podobno napadalno sprašuje, ali mislim, da je prihodnost Evrope v tem, da bomo unificirali kulturo in zabrisali razlike, tudi sama mirno odgovarjam, da je to odvisno tudi od tega, koliko smo radovedni, koliko se zares zanimamo drug za drugega. Tako oni, ki se imajo za velik narod in to tudi so, kot mi, ki smo nekakšni evropski manjšinci, čefurji, bi rekel Jan, a smo, vsaj po mojih skromnih izkušnjah, očitno neprimerno bolj radovedni, odprti za druge kot veliki. Še dobro, da je prišla na tiskovko čisto prava literarna poznavalka, ki si za vsakega vzame pošten odmerek časa in postavlja pametna vprašanja. Ker jo – resnično zanima.

Pa vendar, se pogovarjamo pozneje. Doma vseskoz pametujemo o pomembnosti promocije slovenske kulture. A kje se ta pravzaprav začne? Slovenski lektorati in oddelki za slovenistiko na tujih univerzah so gotovo ena takšnih lansirnih ploščadi. In takoj spet burno debatiramo. Maša potoži, da večina lektoratov premore le skromne knjižnice s slovensko literaturo. Še posebej sodobno. Imamo idejo: zakaj pa ne bi poleg obveznih knjižničnih izvodov vse subvencionirane slovenske knjige obvezno romale še na slovenske lektorate? Misel plava po zakajenem zraku in Vlado že računa, koliko bi to stalo. Potem privolimo v varčevalni kompromis: kaj pa vsaj tiste, ki prejmejo eno od nagrad, denimo kresnika, Prešernovo, Jenkovo, Rožančevo in kar jih še je v tej prvi nagrajevalski ligi. Res, zakaj ne? Ko tako modrujemo in urejamo svet ter hvalimo vse tiste, ki so nas gostili, pade pripomba: kaj vse naredijo za to, da bi v skromnih kadrovskih, prostorskih in finančnih razmerah širili slovenski jezik in kulturo. Zvečine se jim še zahvalimo ne. Tako samoumevno se nam zdi, da so nam naklonjeni. Nekakšni volonterski ambasadorji slovenske kulture, pač.

Zadnji literarni večer skorajda triumfalno zaključi našo baltsko misijo. V prijetni sopotski kavarni sedijo študenti slovenščine iz tako rekoč vseh slovenskih lektoratov na Poljskem. Katovice, Bielsko Biała, Krakov, Lodž, Varšava … Nekateri so potovali z vlakom 48 ur! Nabito polna kavarna, internetni prenos piranskega radia Tartini, ki nas pozdravlja, naklonjeno občinstvo, vprašanja. Jan ne more iz svoje kože. Nekje iz ozadja Gorana v pravilni poljščini vpraša, ali se imate za čefurja? Goran, ki se za hip zmede, saj sprva ne ve, kdo ga pravzaprav sprašuje, odgovori takole: kar lahko rečem zase, je to, da sem odličnjak. To je bila sicer naša povsem interna šala, ampak zelo učinkovita. Brez težav nasmeji celo dvorano. Razumejo. Zdi se, da se je naša misija končala v pravem tonu.