Aleš Čar: Made in Slovenia (fragmenty)

5.

„Dużo się mówi o zbiorowej winie mężczyzn i domaga się, żeby mężczyźni z powodu swojej gwałtownej natury płacili specjalny podatek.”

Moja żona Anita już na samym początku powiedziała mi, że stopień ucywilizowania społeczeństwa mierzy się według jego stosunku do kobiet, i jednocześnie bardzo cierpliwie mi wytłumaczyła, że stoi przede mną praktycznie niewykonalne zadanie. Po pierwsze, z powodu źródłowego grzechu mojej płci, po drugie, gdyż nazywam się Mujić. „Gorszej kombinacji w Europie praktycznie nie ma” – pociągnęła mnie za brodę i czule mnie pocałowała – „ale ty będziesz mój. Cud boży, ale tak to jest.”
Moja Anita powiedziała mi ładnie, że czyszczenie patriarchalnych wzorców, którymi jestem nasiąknięty jak gąbka wodą, będzie musiało się stać moim nowym sposobem życia i myślenia. „Ulepić porządnego człowieka z bałkańskiej masy – to jest po prostu praktycznie niemożliwe zadanie” – powiedziała Anita – „ale ja potrzebuję w życiu wyzwań, inaczej szybko staje się ono dla mnie nudne. Dwie rzeczy” – podniosła palec, a ja zesztywniałem. Powiedziała mi, że przyjmę jej nazwisko Horvat i że będę uważał na swoje przyrodzone deformacje patriarchalne w każdej chwili mojego życia. „Musimy uczynić wszystko, żeby nasze dzieci żyły w lepszym świecie” – powiedziała. „To wszystko.”
Wówczas umarł Emil Mujić i narodziłem się ja, Emil Horvat.
Plan był taki, że pójdziemy do pracy, uwijemy sobie gniazdko, potem pojawią się dzieci, zaczniemy długoterminowe odkładanie i w ten sposób wszystkim zapewnimy bezpieczną i szczęśliwą przyszłość. Gdy Anita obroniła dyplom z romanistyki i germanistyki, jej ciotka, która już od siedmiu lat była w brukselskiej dyplomacji, załatwiła jej pracę w administracji, a wkrótce moja żona awansowała na tłumacza przysięgłego. Ja od razu zapisałem się do szkoły wieczorowej i zacząłem szukać pracy. Również to załatwiła ciotka Anity – zostałem zmywaczem okien w budynku parlamentu. Wiele razy wisiałem na fasadzie i z dumą obserwowałem ją, jak siedzi w gabinecie ze słuchawkami na uszach albo przechadza się po szerokich korytarzach, razem z samymi ważnymi ludźmi.
Trzy lata wszystko było w najlepszym porządku. Pracowaliśmy, pilnie się uczyłem i z każdym rokiem coraz bardziej cieszyłem się na myśl o urlopie macierzyńskim. Z tym się oczywiście nie naprzykrzałem, przecież wiedziałem, że nie mam prawa zmuszać Anity. Sama musiała rozważyć, co oznacza dziecko dla jej kariery i oczywiście, który moment jest na to najlepszy.
Potem zaś nadszedł ten nieszczęsny 1 lutego. Anita wieczorem po pracy jak w każdą środę szła z koleżankami do sauny, tylko że tym razem, w ogóle pierwszy raz, odkąd pamiętam, zostawiła telefon w domu. Normalnie szedł z nią nawet do łazienki i do WC. Nigdy jej nie szpiegowałem, przysięgam. Oczywiście, wielokrotnie mnie świerzbiły palce, żeby poszperać w jej telefonie albo komputerze, jednak dochodziłem do wniosku, że chodzi o resztki chęci dominacji nad kobietą i że moją rolą jest przezwyciężenie i stłamszenie tych porywów. I udawało mi się to zawsze, aż do tej środy. Całą godzinę telefon leżał na stole, zanim go dotknąłem, później zaś ciekawość stała się zbyt silna. Powtarzam, ciekawość, Anita bowiem zawsze mówiła, że im lepiej poznasz człowieka, tym więcej możesz mu dać. I ja chciałem o mojej miłości, o mojej Anicie, dowiedzieć się jak najwięcej.
Nie wiem, co było napisane w niemieckich, francuskich i hiszpańskich SMS-ach, ale trochę angielskiego znam i tak się dowiedziałem, że romansuje z jakimś Gilbertem. Dobrze, wiadomo, katastrofa, ale po pierwsze, to się może zdarzyć każdemu, po drugie zaś, lepiej, żeby to ona zaczęła, a nie ja. Ale flirtowanie to jedna rzecz, a to, że Gilberto pisał mojej Anicie, jak zwiąże jej ręce na plecach, zawiąże oczy, jak będzie ją klepał po tyłku, dopóki nie stanie się czerwony jak pomidor, albo jak nie wiem z kim jeszcze razem zwiążą ją na łóżku, będą dawać jej klapsy, opluwać i podobne rzeczy.
Żeby było jasne: moja Anita jest prawdziwą damą. Tak na ulicy, jak i w sypialni. Możecie mi spokojnie wierzyć, że moja Anita nigdy by tego dobrowolnie nie zaczęła. Dlatego możliwe było tylko jedno rozwiązanie: ten Gilberto, który ma Anitę za swoją seksualną niewolnicę, trzyma ją jakoś w szachu i szantażuje.
Kiedy weszła do domu, spokojnie i ze zrozumieniem podjąłem problem z tym Gilbertem. Powiedziałem jej, żeby się nie tłumaczyła i żeby się nie krępowała, niech policja wykona swoją pracę, ona niech tylko powie, jak ją dostał w swoje brudne i zboczone ręce, żebym wiedział, jak jej pomóc. Niech się nie boi, nawet jeśli chodzi o tak krępującą sprawę. Ale w tym momencie stało się coś bardzo dziwnego: moja żona na zawsze zniknęła, na jej miejscu zaś stanęła najeżona z wściekłości kobieta, która piszczała w szale i wykrzykiwała trudno zrozumiałe i wręcz niedopuszczalne słowa. Wiedziała, że jestem pierdoloną zniewieściałą fajtłapą – wówczas po raz pierwszy usłyszałem z jej ust wyraz „pierdolona” – że nie mam w sobie ani krzty zwierzęcego instynktu i że ja jestem winien, że przez te wszystkie lata była całkowicie niewyżyta, poniewierana i niezrealizowana, i niech będę świadomy, że tylko ja jestem winny, gdyż nie rozwijała tej strony swojego życia, która jest wyjątkowo ważna, wręcz kluczowa dla całkowitego rozwoju osobowości. Pokrótce, wszystko to wiedziała, nie wiedziała zaś, że jestem też podstępną łasicą i że będę szperał w jej rzeczach, gdy mi się nadarzy pierwsza okazja…
Stałem jak wryty, przekonany, że chodzi o jakąś pomyłkę, która zaraz się wyjaśni i wszystko będzie po staremu. Byłem pewny, że chodzi o jakiś atak albo załamanie, zastanawiałem się, czy tak wyglądają napady epilepsji, które miała jako dziecko, a które potem cudownie zniknęły. Rozważałem, czy nie zagubiła się gdzieś z powodu nacisków tego Gilberta i czy nie powinienem trochę poczekać. Ale ona zaczęła mnie histerycznie tłuc i krzyczeć, żebym ją uderzył, jeśli jestem chłopem, czego oczywiście nie zrobiłem, ale posunęło się to tak daleko, że musiałem ją chwycić za ręce, co ją rzeczywiście do końca wyprowadziło z równowagi. Zaczęła histerycznie wymachiwać rękami i tak krzyczeć, że rozsadzało bębenki.
I to by było na tyle. W następnym kadrze w pokoju była policja. Nie wiem, kiedy i jak weszli do środka. Przypominam sobie policyjną cholewę, która wali mnie w brzuch, gumową pałkę, która spada na moją głowę, policjanta, który krzyczy, że u nich w Brukseli kobiet się nie bije… Ostatni kontakt z Anitą to garść włosów, które mi wyrwała. Wszystko pozostałe jest dla mnie tylko jedną wielką tajemnicą: Anita nie odpowiada na telefony i w żaden sposób nie mogę się dowiedzieć, gdzie tkwił błąd.

Aleš Čar: Made in Slovenia (fragmenti)

5.

“Veliko govorijo o kolektivni krivdi moških in zahtevajo, naj moški zaradi svoje nasilne narave plačujejo poseben davek.”

Moja žena Anita mi je že na samem začetku povedala, da se stopnja civiliziranosti družbe meri po njenem odnosu do ženske in mi hkrati lepo potrpežljivo razložila, da je pred mano praktično nemogoča naloga. Pod ena zaradi izvirnega greha svojega spola, in pod dva, ker se pišem Mujić. “Hujše kombinacije v Evropi praktično ni,” mi je stresla brado kot otroku in me nežno poljubila, “ampak ti boš moj. Čudo božje, ampak tako to je.”
Moja Anita mi je lepo povedala, da bo čiščenje patriarhalnih vzorcev, s katerimi sem prepojen kot goba z vodo, moralo postati moj nov način življenja in mišljenja. “Iz balkanske mase speči spodobnega človeka – to je sicer praktično nemogoča naloga,” je rekla Anita, “ampak jaz v življenju rabim izzive, sicer mi hitro postane dolgčas. Dve stvari,” je dvignila prst in jaz sem otrpnil. Povedala mi je, da bom prevzel njen priimek Horvat, in da se bom svoje prirojene patrijarhalne deformacije zavedal v vsakem trenutku svojega življenja. “Narediti morava vse, da bodo najini otroci živeli v boljšem svetu,” je rekla. “To je vse.”
Takrat je umrl Emil Mujić in rodil sem se jaz, Emil Horvat.
Plan je bil, da se zaposliva, si urediva gnezdece, potem pridejo otroci, začneva dolgoročno varčevati in tako vsem zagotoviva varno in srečno prihodnost. Po diplomi iz francoščine in nemščine ji je teta, ki je bila v bruseljski diplomaciji že sedem let, uredila najprej delo v administraciji, kmalu pa je napredovala v uredno prevajalko. Jaz sem se takoj vpisal v večerno šolo in začel iskati službo. Tudi to je uredila Anitina teta – postal sem čistilec oken na stavbi parlamenta. Večkrat sem visel na fasadi in jo s ponosom opazoval, kako sedi v kabini s slušalkami na ušesih ali se sprehaja po širokih hodnikih, skupaj s samimi pomembnimi ljudmi.
Tri leta je bilo vse v najlepšem redu. Delala sva, pridno sem se učil in se vsako leto bolj veselil porodniškega dopusta. S tem seveda nisem sitnaril, saj sem se zavedel, da Anite nimam pravice priganjati. Sama je morala pretehtati, kaj pomeni otrok za njeno kariero in seveda, kateri je najboljši trenutek za to.
Potem pa je prišel ta nesrečni 1. februar. Anita je šla zvečer po službi kot vsako sredo zvečer s kolegicami v savno, le da je tokrat, prvič sploh odkar pomnim, telefon pozabila doma. Običajno je šel z njo celo v kopalnico in na vece. Nikoli nisem špijuniral za njo, prisežem. Seveda so me večkrat srbeli prsti, da bi pobrskal po njenem telefonu ali računalniku, vendar sem se zavedal, da gre za ostanek želje po dominaciji nad žensko in da je moja naloga, da te porive premagam in potlačim. In sem jih, vedno, do tiste srede. Celo uro je ležal na mizi, ne da bi se ga dotaknil, potem pa je postala radovednost premočna. Ponavljam, radovednost. Anita je namreč vedno govorila, da bolj ko človeka poznaš, več mu lahko daš. In jaz sem hotel o svoji ljubezni, o svoji Aniti, izvedeti čim več.
Ne vem, kaj je pisalo v nemških, francoskih in španskih SMS-jih, no, nekaj angleščine znam, in tako sem izvedel, da ljubimka z nekim Gillbertom. Dobro, katastrofa, seveda, ampak pod ena se to menda dogaja vsem, pod dva pa boljše, da to počne ona, kot pa jaz. Ampak ljubimkanje je ena stvar, to, da je Gillberto moji Aniti pisal, kako ji bo zvezal roke na hrbtu, pa oči, kako jo bo tepal po riti, dokler ne bo rdeča kot paradajz, pa kako jo bodo še z ne vem kom skupaj zvezali na posteljo, jo skofutali, popljuvali in podobne reči ...
Da bo jasno: moja Anita je prava gospa. Tako na cesti kot v spalnici. Mirno mi lahko verjamete, da moja Anita tega prostovoljno ne bi nikoli počela. Zato je bil mogoč en sam sklep: ta Gillberto, ki ima Anito za svojo spolno služnjo, jo nekako drži v šahu in jo izsiljuje.
Ko je prišla skozi vrata, sem mirno in razumevajoče načel problem z Gillbertom. Rekel sem, naj se ne opravičuje in naji ji ne bo nerodno, naj policija opravi svoje delo, ona naj mi samo pove, kako jo je dobil v svoje umazane in pokvarjene roke, da ji vem pomagati. Naj se ne boji, pa če gre za še tako nerodno stvar. No, na tej točki se je zgodilo nekaj skrajno čudnega: moja žena je za vedno izginila, namesto nje pa je stala tam zaripla in nasršena ženska, ki je od razburjenosti piskala in krilčala komaj razumljive in še težje doumljive stvari. Vedela je, da sem jebena mehkužna mevža – takrat sem iz njenih ust prvič slišal besedo “jebena” – da nimam v sebi niti za pljunek živalskega instinkta in da sem jaz kriv, da je bila vsa ta leta popolnoma seksualno neizživeta, potlačena in nerealizirana, in naj se zavedam, da sem samo jaz kriv, ker ni razvijala te plati svojega življenja, ki je izredno pomembno in celo ključno za celovit osebnostni razvoj. Skratka, vse to je vedela, ni pa vedela, da sem tudi zahrbtna podlasica in da bom brskal po njenih stvareh takoj, ko se mi bo ponudila prva priložnost ...
Stal sem kot kip, prepričan, da gre za nekakšno pomoto, ki se bo zdaj zdaj rešila in bo vse po starem. Prepričan sem bil, da gre za nekakšen napad ali zlom, razmišljal sem, ali mogoče tako izgledajo napadi božjasti, ki jih je imela kot otrok, potem pa so čudežno izginili. Tuhtal sem, da se je nekam izgubila zaradi pritiskov tega Gillberta in da moram samo malo počakati. Ampak ona me je začela histerično klofutati in kričati, naj jo udarim, če sem kaj dedca, kar seveda nisem storil, je pa šlo tako daleč, da sem jo moral prijeti za roke, kar pa jo je res dokončno vrglo iz tira. Začela se je histerično otepati in tako kričati, da je paralo ušesa.
In to je to. V naslednjem kadru je bila v sobi policija. Ne vem, kdaj in kako so prišli notri. Spomnim se policijskega škornja, ki me nabija v trebuh, pendreka, ki pada po moji glavi, policaja, ki kriči, da pri njih v Bruslju žensk ne pretepajo ... zadnji stik z Anito je bil šop las, ki mi ga je spulila. Vse ostalo je zame ena sama velika skrivnost: Anita ne odgovarja na klice in nikakor ne morem ugotoviti, kje je napaka.

14.

„Znany serbski twórca słoweńskiego pochodzenia, który ponad pół wieku tworzył w Serbii, zmarł wczoraj w wieku 79 lat po długiej i ciężkiej chorobie.”

„Nie mam niczego” – powiedziałem, chociaż Joe, Zły i Budda dobrze wiedzieli, że to nieprawda, i było to wyraźnie wypisane na ich twarzach. „O drugiej pędzę na pogrzeb. Do Belgradu. Stary mi umarł” – co było prawdą. Po tym oświadczeniu wszyscy trzej wyglądali – i te typki są niby moimi najlepszymi kumplami – na kompletnie rozjebanych. W tej samej chwili już nie wiedzieli, co mają począć tam na mojej kanapie; jak nie ma skręcania jointów, to nie ma już nic. To było tak oczywiste, że właściwie aż poniżające: dosłownie wywaliłem ich za drzwi i przysiągłem, że nie będą już pasożytować na moim towarze. Jeśli na tym polega całe nasze kumplowanie, to mówię poważnie, dziękuję bardzo i do widzenia.
Szybko się spakowałem, wziąłem gram nowego towaru i zaniosłem go do Instytutu Jožefa Stefana do jakiegoś Štefa, który pracował w laboratorium i był niepoprawnym wielbicielem koksu. Za gram zrobi mi analizę każdej nowej przesyłki i powie, ile i jak powinienem w niej zmieszać. Ta przesyłka znów jest niby bezpośrednio z Kolumbii i niby taka czysta, że niby w Lublanie jeszcze takiej nie było, co się zresztą i tak mówi o każdym nowym towarze. Ale przy tej partii zmartwiły mnie małe brązowe kropeczki; jeśli to przypadkowo, na skutek jakiejś dziwnej pomyłki, jest hera, to po kilku dniach ścigałaby mnie cała Lublana – od babć, większości lublańskiej snob-socjety, aż do profesorów, dziennikarzy, polityków i nawciąganych kryminalistów. Nie uwierzylibyście, że wszyscy w tym kraju biorą.
Już raz jechałem pociągiem do Belgradu, ale wtedy stary był jeszcze żywy. To było mniej więcej przed czterema laty, kiedy wykryli u niego raka płuc, i nie wiem po ilu latach zadzwonił do mamy, ja zaś przypadkowo byłem obok. Chociaż tysiąc razy się zaklinałem, że nie będę rozmawiał z tym typem, wziąłem słuchawkę. Nic szczególnego się nie zdarzyło. Chwilę pogadaliśmy, zaprosił mnie do Belgradu i po jakimś miesiącu rzeczywiście pojechałem. Oczywiście interesowało mnie to, że był niby jakąś grubą szychą.
Teraz, kiedy nie żyje, wiem, że rzeczywiście był w jakiś dziwny sposób szychą. Przed czterema laty, kiedy widziałem go żywego pierwszy i zarazem ostatni raz, wydał mi się zwykłą bydlęcą katastrofą. Po pierwsze, był największym egomanem, jakiego spotkałem w życiu. Podczas dwóch dni, które tam wytrzymałem, mówił tylko o sobie. Prawie w ogóle nie pytał, co u mnie słychać, co robię i jakie mam plany. Pokazywał mi swoje książki, wywiady w gazetach, paplał, gdzie to nie był, w czym nie grał i czego nie reżyserował. Wieczorem zawlókł mnie do restauracji, gdzie kelnerzy i cały lud kłaniali mu się w pas (również taksówkarz, który przywiózł nas do knajpy, poznał go i nawet nie chciał słyszeć o wzięciu pieniędzy). I tak przy drugim litrze Tugi za jug przyszła kolej na jego kobiety. Jeśli to prawda – a według mnie przynajmniej część tego musi być prawdą – to miał ich na pęczki. I tak jak wszystko, „kochał je całym sercem”, oczywiście moją matkę także. I tu mnie trochę wyprowadził z równowagi. Niech bajeruje, kogo chce i jak chce, ale mnie nie będzie. Lepiej, gdyby chociaż był cicho. Ani razu się nie pokazał, dzwonił raz na rok, ani razu nic nie wysłał. Tu się zaczęły obelgi z obu stron. Sprawa się szybko spotęgowała i skończyło się to krzykiem. Niewiele brakowało, a bym go uderzył, mówię całkiem poważnie. W obelgach był mistrzem, chociaż był niby wytwornym intelektualistą. Najbardziej opluwał Słoweńców. W sensie, że jesteśmy najbardziej pipowatym narodem na świecie, a że ostatnim wielkim człowiekiem był Stalin i że jeszcze tylko Serbowie mają na tyle jaj, żeby nie bawić się w całe to planetarne pierdolenie. Myślę, naprawdę, że kocham Jelinčicia, ale to w ogóle nie jest ważne. Czegokolwiek by stary nie powiedział, ja się mu sprzeciwiałem. Z czystego buntu. W ten sposób chyba wszystko zostało powiedziane. Na koniec stwierdził, że nie mam się co martwić, bo prędzej czy później wszystko się rozejdzie. Dlatego nie ma dzieci i przyjaciół. Z Belgradu wyjechałem bez pożegnania.
Podczas tych czterech lat od wizyty rozmawialiśmy parę razy. Potem zaś umarł, a ja wsiadłem w pociąg i pojechałem na ten pogrzeb, gdzie ostatecznie przekonałem się, że stary był ciężkim popierdoleńcem pierwszej klasy, ale jednak grubą szychą. W jego domu w Belgradzie najpierw wcisnęli mi w ręce telegramy kondolencyjne od prezydenta Łukaszenki, z Hagi dostałem kondolencje od Šešelja, otrzymałem kondolencje od Nikity Michałkowa, który jest zajebistym reżyserem, i od kupy innych typków, których już nie pamiętam. Starego pochowaliśmy obok Ivo Andricia , Danila Kiša i Zorana Djindjicia – o trzecim wiem, że był cool, zakładam, że dwaj pierwsi też. Mój przyrodni brat Saša wyjaśniał mi podczas przemów, kto się znajduje w tłumie, i dłoń uścisnęli mi i wyrazili współczucie między innymi brat Radovana Karadžicia , Ceca , brat szefa klanu zemuńskiego i kupa podobnych postaci. Przyznam, że podczas tej procesji zacząłem szanować starego.
Wieczorem przeżyłem najlepszą imprezę w życiu. Stary miał rację: Słoweneczki nawet w przybliżeniu nie potrafią zrobić czegoś takiego. Kropkę nad i postawiła mała Nataška, która się ze mną zabawiła i w której się mimochodem tak zabujałem, że następnego dnia w pociągu do Lublany byłem całkiem ogłupiały i w najmniejszym stopniu nie odczuwałem, że wracam do domu. Przeciwnie; zdawało mi się, że z niego wyjeżdżam i tylko kwestią czasu jest, kiedy przyjadę z powrotem.
W Lublanie najpierw zadzwoniłem do typa z Instytutu Jožefa Stefana – te brązowe kropeczki to nie była hera, towar zaś to nic specjalnego. Wieczorem matka na jednej stronie stołu prasowała i wypytywała mnie o pogrzeb, ja zaś na drugiej stronie pakowałem koks w paczki po pół grama i z zapałem opowiadałem o Belgradzie. Po jakiejś godzinie, kiedy poszła spać, włączyłem telefon służbowy i zacząłem pracować. Był piątek i telefony dosłownie się urywały. Około wpół do dwunastej zadzwonili Joe, Zły i Budda. Żaden z nich mnie nie spytał, jak było w Belgradzie, nawet jednym słowem o tym nie wspomnieli. Znów tylko skręcanie tych jointów, pasożytowanie na mojej osobie. Stałem obok stołu w całkowitej próżni i patrzyłem na nich. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale w tej chwili stało się dla mnie krystalicznie jasne, że przeprowadzam się do Belgradu nie w ciągu roku czy kilku miesięcy, ale od razu. Że tego pieprzenia nie chcę więcej oglądać. Nawet mniej więcej. I to jest wszystko.

14.

“Znani srbski ustvarjalec slovenskega rodu, ki je več kot pol stoletja ustvarjal v Srbiji, je po dolgi in hudi bolezni včeraj umrl, star 79 let.”

“Nič nimam,” sem rekel, čeprav so Džo, Hudi in Buda dobro vedeli, da ni res in natančno to se jim je izpisalo na obrazih. “Na pogreb šibam ob dveh. V Beograd. Stari mi je umrl,” kar je bilo res. Po tej moji izjavi so bili videti vsi trije – in ti tipsoni so kao moji najboljši frendi – kompletno zjebani. Isti hip niso več vedeli, kaj naj počnejo tam na mojem kavču; če ni motanja jointov, potem ni nič. To je bilo tako očitno, da je bilo prav ponižujoče: dobesedno vrgel sem jih skozi vrata in si prisegel, da na moji robi ne bodo več parazitirali. Če je to vse naše frendovstvo, potem, mislim res, hvala lepa in nasvidenje.
Hitro sem spakiral, vzel gram nove robe in ga odnesel na Inštitut Jožefa Stefana do nekega Štefa, ki je delal v laboratoriju, sicer pa je bil nepoboljšljivi ljubitelj koksa. Za gram mi naredi analizo vsake nove pošiljke in pove, koliko in kaj naj namešam notri. Ta pošiljka je kao spet direktno iz Kolumbije in kao taka čista, kot je kao v Ljubljani še ni bilo, kar se seveda itak govori za vsako novo robo. No, pri tej rundi so me skbele male rjave pikice; če je to slučajno po kakšni čudni pomoti hors, potem bi me po nekaj dnevih lovila cela Ljubljana – od starih mam, večine ljubljanskega snobi šmineraja, pa do profesorjev, novinarjev, politikov in navlečenih kriminalistov. Ne bi verjeli, kaj vse se v tej državi drogira.
Enkrat sem se že vozil z vlakom v Beograd, ampak takrat je bil stari še živ. To je bilo pred približno štirimi leti, ko so mu odkrili raka na pljučih in je po ne vem koliko letih poklical matko, jaz pa sem bil slučajno zraven. Čeprav sem se tisočkrat zaklel, da ne bom spregovoril s tem tipom, sem vzel slušalko. Nič posebnega se ni zgodilo. Malo sva se menila, povabil me je v Beograd in čez kak mesec sem res šel. Seveda me je zanimalo, saj naj bi bil moj stari kao neka velika faca.
Zdaj, ko je mrtev, vem, da je bil na nek čuden način res faca. Pred štirimi leti, ko sem ga prvič in zadnjič videl živega, pa se mi je zdel navadna zagovedana katastrofa. Kot prvo je bil največji egoman, ki sem ga srečal v življenju. V dveh dneh, kolikor sem zdržal doli, je govoril samo o sebi. Skoraj me ni vprašal, kako sem, kaj počnem in kaj imam v načrtu. Kazal mi je svoje knjige, intervjuje v časopisih, mlel, kje vse je bil, kaj vse je igral i kaj režiral. Zvečer me je zvlekel v restavracijo, kjer so se mu natakarji in ves folk klanjali do tal (tudi taksist, ki naju je pripeljal do gostilne, ga je poznal in ni hotel niti slišati, da bi vzel denar). In tako so pri drugem litru Tuge za jug prišle na vrsto njegove ženske. Če je res – in po moje kar nekaj tega mora biti res -, potem je imel v življenju čuda tega. In on je kao vse “volio sa svim srcem”, jasno da tudi mojo matko. In tu mi je malo počil film. Naj flancari komur hoče, meni pa ne bo. Vsaj tiho bi bil. Niti enkrat se ni prikazal, telefoniral je enkrat na leto, poslal ni nikoli nič. Tu so se začele žalitve z obeh strani. Stvar se je hitro stopnjevala in se končala s kričanjem. Malo je manjkalo, da ga nisem usekal, čisto resno govorim. V žalitvah je bil prvak, čeprav je bil kao fin intelektualec.
Najbolj je popljuval Slovence. V smislu, da smo najbolj brezjajčni narod na svetu, pa da je bil zadnji veliki človek Stalin in da imajo edino še Srbi toliko jajc, da se ne gredo vsega tega planetarega sranja ... Mislim, res je, da volim Jelinčiča, ampak to sploh ni pomembno. Kar koli bi stari rekel, bi mu šel kontra. Iz čistega inata. S tem je menda povedano vse. Na koncu mi je rekel, naj se ne sekiram, ker se prav z vsemi prej ali slej razide. Zato nima otrok in prijateljev. Iz Beograda sem šel, ne da bi se pozdravila.
V teh štirih letih od obiska sva se parkrat slišala. Potem je pa umrl in jaz sem sedel na vlak in se odpeljal na ta pogreb, kjer mi je dokončno postalo jasno, da je bil stari sicer težak zajebanec prvega ranga, ampak vseeno velika faca. V njegovi hiši v Beogradu so mi v roke najprej potisnili sožalne brzojavke od predsednika Lukašenka, iz Haaga sem dobil sožalje od Šešlja, dobil sem sožalje od Nikite Mihalkova, ki je hud režiser, in od kupa drugih tipsonov, ki se jih ne spomnim več. Starega smo pokopali zraven Ivo Andrića, Danilo Kiša in Zorana Džindžića – za tretjega vem, da je bil kar džek, predpostavljam, sta bila tudi prva dva. Polbrat Saša mi je med govori razlagal, kdo vse je med folkom, in med drugimi so mi stisnili roko in izrekli sožalje brat Radovana Karadžića, Ceca, brat šefa zemunskega klana in kup podobnih pojav. Med to procesijo sem začel, priznam, starego spoštovati.
Zvečer sem doživel najboljši žur v življenju. Stari je imel prav: Slovenčki česa takega niso sposobni niti približno. Za piko na i me je dala dol še mala Nataška, v katero sem se še mimogrede tako zatreskal, da sem bil naslednji dan na vlaku proti Ljubljani čisto trapast in da niti približno nisem imel občutka, da se vračam domov. Kontra; zdelo se mi je, da odhajam od doma in da je samo vprašanje časa, kdaj bom prišel nazaj.
V Ljubljani sem najprej poklical tipa iz inštituta Jožefa Stefana – tiste rjave pikice niso bile hors, roba pa nič posebnega. Zvečer je matka na eni strani mize peglala in me spraševala o pogrebu, jaz pa sem na drugi strani pakiral koks v paketke po pol grama in navdušeno govoril o Beogradu. Čez kako uro, ko je šla spat, sem vključil službeni telefon in začel delat. Bil je petek in klici so se dobesedno usuli. Okoli pol polnoči so se oglasili še Džo, Hudi in Buda. Niti eden me ni vprašal, kako je bilo v Beogradu, niti z besedo ga niso omenili. Spet samo motanje teh jointov, parazitiranje na moji glavi. Stal sem zraven mize v čistem vakuumu in jih gledal. Ne vem, kako naj to povem, ampak v tistem hipu mi je bilo kristalno jasno, da se selim v Beograd ne čez leta ali mesece, ampak takoj. Da tega sranja nočem več gledati. Niti približno. In to je vse.

30.

„Tak więc można oglądać spektakl wyłącznie jako sympatyczne i zabawne przedstawienie o codziennej obłudzie i kłamstwach (to znaczy o spacerze z psem będącym pretekstem do schadzek miłosnych), a być może także jako głęboki obraz pustki świata, który nas otacza.”

Dam ci przykład: kiedy przygotowywaliśmy scenę, w której my na podeście jako Charles i Ritta mocno zastanawiamy się, dokąd pójść, żeby w końcu uspokoić to erotyczne delirium, które nas dopada, tę samą scenę z minimalnymi modyfikacjami także faktycznie przeżyliśmy, bądź odegraliśmy, czy też jak mam to nazwać, parę godzin później w kawiarni jako realne osoby, to znaczy jako Milena i Jan. Rzeczywiście śmieszne, ale rozwiązania z dramatu były po prostu logiczne, żeby nie powiedzieć, że aż nam się nam narzucały. Jeśli chodzi o mnie, to było to dziwne uczucie. Osobiście nie jestem przesadnym entuzjastą takich gierek i zagadek, jej zaś takie niejasności są pisane – w końcu nie zapominaj, że ma dopiero 27 lat i w przeważającej mierze wciąż jeszcze gra. Tak więc chodzi o sytuację, w której w kawiarni rozmawiasz poważnie, a jednocześnie nie możesz być całkiem poważny, wszak jeśli zaczynasz w kawiarni powtarzać dialog ze sceny, jak masz być, na Boga, poważny, a z drugiej strony, jest dla ciebie krystalicznie jasne, że w żaden sposób nie chodzi tylko o robienie sobie jaj, przecież cytaty z tekstu dokładnie nawiązują do realnej sytuacji i dlatego dobrze wiesz, że poprzez to śmieszne cytowanie wypowiadasz bardzo poważne rzeczy. O czym mówię? Powiem ci, o czym mówię. Przyjmijmy, że Charles i Ritta nie mają gdzie się spotykać, dlatego urządzają sobie tymczasowe miłosne gniazdko w mieszkaniu przyjaciela Ritty, który wyjechał na dwa tygodnie do Londynu, i według tej logiki my okupowaliśmy mieszkanie przyjaciółki i sąsiadki Mileny, która miała przepisaną terapię w sanatorium z powodu następstw wypadku drogowego, a Milena w tym czasie karmiła jej koty. Tak, mogę ci dać jeszcze jeden przykład. Powiedzmy, że haczyk jest w uniwersalnym miejscu, w pytaniu, które brzmi: „Kochasz mnie?” Proste. I ja najpierw się ociągam, zaś potem odpowiadam słowami Charlesa z tekstu, to znaczy, że nie mogę powiedzieć, że ją kocham. Następuje pytanie Ritty, dlaczego nie i teraz dosłownie wciąga mnie w tekst, co znaczy, że odpowiadam za Charlesem, że każdy, kto jej mówi, że ją kocha, w istocie kłamie, i że ja nie chcę być taki jak pozostali i nie będę jej oszukiwał, a to po prostu dlatego, że naprawdę bardzo ją lubię. Myślę, że właściwie nie może być lepszej odpowiedzi, i co prawda w tym punkcie sytuacja w kawiarni była łagodnie mówiąc dziwna, bo chociaż z jednej strony mógłbym zacząć się szczerzyć i w ten sposób wszystko razem zamieniłbym na jakiś jajcarski ton, to jednak było dla mnie jasne, że w istocie rozmawiamy diabelnie poważnie i że wypowiedzianej treści nie da się żadnym błaznowaniem i cytowaniem wymazać. Oczywiście, są różnice. Nawet kluczowe. Ritty tego typu pytania i odpowiedzi nie interesują nawet w najmniejszym stopniu. Jest przedstawicielką silnych, nowoczesnych, samodzielnych kobiet. Programowo i stanowczo występuje przeciw instytucji małżeństwa, przeciw rodzeniu potomków, przeciw jakiejkolwiek tradycyjnej postaci współistnienia mężczyzny i kobiety, każde poważne nawiązanie (oprócz tych do siebie) jest u niej tarczą ostrego cynizmu, który najpierw analitycznie dekonstruuje, a potem jeszcze emocjonalnie unicestwia. Z powodu przeciętnej jakości tekstu Rita jest w wielkiej mierze stereotypową modliszką, która po kopulacji zjada samców. Bohaterkę rozszyfrowuje druga część drugiego aktu i początek trzeciego, kiedy Ritta, pogrążona, kuca w stanie psychozy albo depresji czy cokolwiek to jest. Wówczas jej destrukcja obraca się w autodestrukcję i wtedy zamiast świata młóci siebie na proch. Milena charakterologicznie nie ma związku z porywczością Ritty. W gruncie rzeczy nasza rzeczywistość była dużo bliższa romantycznym czarno-białym komediom z lat 60. niż nowoczesnym dramatom, żadnego shopping and fucking, lecz całkiem niewinne oczy czekające na jakąś małą uwagę, cicho proszące o jakiś mały komplement i wsparcie, wyrażające wrażliwość, a w istocie jak zawsze i wszędzie tylko ludzkie zmieszanie i pytanie, co się dzieje, co teraz i co będzie dalej. Tak jak dojrzewał dramat, tak rosło tempo naszego romansu. Punkt kulminacyjny nastąpił gdzieś w okolicach premiery, potem zaś razem wkroczyliśmy w dojrzałą fazę. Do punktu, kiedy stało się jasne, że czas życia tej konkretnej inscenizacji przemija, że nastąpi jeszcze pięć czy sześć powtórek i jakiś występ gościnny, w rzeczywistości przemierzyliśmy całą akcję w dramacie i treściowo dotarliśmy do finałowych scen. Chcę przez to powiedzieć, jeśli ktoś nie widział dramatu, że nasz romans wyszedł na jaw i najpierw życie zaczęło się komplikować jej, a potem mnie. Było jasne, że będziemy musieli w jakiś sposób nasz stosunek sformalizować albo się rozejść. Cóż, stało się samo z siebie: tak jak dyrektor zdjął dramat z repertuaru, tak nasze życie zniknęło ze swojej sceny. Tak jak przeminął tekst dramatu i tak jak przeminął czas życia dramatu, tak przeminęliśmy my dwoje. Samo z siebie, jak zawsze, w gruncie rzeczy.

Przekład: Tomasz Łukaszewicz

30.

“Torej predstavo je mogoče gledati zgolj simpatično in kratkočasno predstavo o vsakdanjih pretvarjanjih in lažeh (začenši s sprehajanjem psov kot pretvezo za ljubezenska srečanja), nemara pa tudi kot globljo podobo izpraznjenosti sveta, ki nas obdaja.”

Ti bom dal primer: ko smo študirali prizor, v katerem midva na odru kot Charles in Ritta besno tuhtava, kam bi lahko šla, da bi lahko končno pomirila ta erotični delirij, ki naju grabi, sva ta isti prizor z minimalnimi modifikacijami par ur kasneje v kafiču kot realni osebi, se pravi kot Milena in Jan, tudi dejansko doživela oziroma odigrala al kako naj temu rečem. Smešno, res je, ampak rešitve iz drame so bile enostavno logične, da ne rečem, da so se nama že kar vseljevale. Kar se mene tiče je bil to čuden občutek. Osebno nisem pretirano navdušen nad takimi igricami in skirvalnicami, njej pa so take nejasnosti pisane na kožo – konec koncev ne pozabi, da ima šele 27 let in da se v veliki meri še vedno igra. Torej gre za situacijo, ko se v kafiču zares pogovarjaš, hkrati pa ne moreš biti čisto resen, saj če začneš v kafiču ponavljati dialog z odra, bog pomagaj, kako boš resen, po drugi strani pa ti je kristalno jasno, da nikakor ne gre samo za zajebancijo, saj replike iz teksta natančno ustrezajo realni situaciji in zato zelo dobro veš, da se skozi to smešno citiranje pogovarjaš zelo resne stvari. O čem govorim? Ti bom povedal, o čem govorim. Recimo, Charles in Ritta se nimata kje dobivati, zato si naredita začasno ljubezensko gnezdece v stanovanju Rittinega prijatelja, ki je šel za dva tedna v London, in po tej logiki sva midva okupirala stanovanje Milenine prijateljice in sosede, ki je imala predpisano terapijo v toplicah zaradi posledic prometne nesreče, Milena pa ji je v tem času hranila mačke. Ja, lahko ti dam še kakšen primer. Recimo, sprožilec je v občem mestu, v vprašanju, ki se glasi: “Ali me ljubiš?” Preprosto. In jaz najprej mečkam, nato pa odgovorim z Charlesovimi besedami iz teksta, torej, da ne morem reči, da jo ljubim. Sledi Rittino vprašanje, zakaj ne, in zdaj mene dobesedno povleče v tekst, kar pomeni, da ji s Charlesom odgovorim, da vsak, ki ji reče, da jo ljubi, v bivstvu laže, in da jaz nočem biti tak kot ostali in ji ne bom lagal, to pa preprosto zato, ker jo imam zares rad. Mislim, konec koncev boljšega odgovora skorajda ni in čeprav je bila na tej točki situacija v kafiču blago povedano čudna, saj bi se lahko začel po eni strani režati in bi s tem vse skupaj prestavil na nek zajebanski nivo, pa mi je bilo jasno, da se v bistvu pogovarjava hudičevo zares in da se izrečene vsebine z nobenimi krohotanjem in citiranjem ne da zbrisati.
Seveda so razlike. Celo ključne. Ritte te vrste vprašanja in odgovori niti približno ne zanimajo. Je predstavnica močnih, modernih, samostojnih žensk. Programsko in dosledno nastopa proti instituciji poroke, proti rojevanju potomcev, proti kakršni koli tradicijonalni obliki sobivanja med moškim in žensko, vsako resno navezovanje (razen na sebe) je pri njej tarča ostrega cinizma, ki najprej analitično dekonstrurira in nato še emocionalno destrurira. Zaradi povprečne kvalitete teksta je Ritta v veliki meri stereotipna bogomoljka, ki po koitusu žre moške. Lik rešuje drugi del drugega dejanja in začetek tretjega, ko Ritta, sesuta, ždi v stanju psihoze ali depresije ali kar koli že to je. Takrat se njena destrukcija obrne v avtodestrukcijo, in takrat namesto sveta melje v prah sebe.
Milena karakterno nima veze s to Rittino vehemenco. Pravzaprav je bila najina resničnost veliko bližje romatničnim črno-belim komedijam iz 60-ih let kot pa modernim dramam, nobenega shoping and fucking, ampak čisto nedolžne oči, ki čakajo na kakšno malo pozornost, ki tiho prosijo za kakšen mali kompliment in podporo, ki izžarevajo ranjlivost, v bistvu kot vedno in povsod en sama človeška zmeda in spraševanje, kaj se dogaja, kaj je zdaj in kako naprej.
Tako kot je zorela drama, tako se je dvigal tempo najine avanture. Vrh je bil nekje pri premieri, nato pa sva skupaj s komadom stopila v zrelo fazo. Do točke, ko je postalo jasno, da se življenjska doba te konkretne postavitve izteka, da sledi še pet ali šest ponovitev in kakšno gostovanje, sva tudi v resničnosti prehodila celotno dogajanje v drami in vsebinsko pripotovala do zadnjih prizorov. S tem hočem reči, če kdo ni videl drame, da se je za najino afero razvedelo in da se je začelo najprej komplicirati njej, potem pa še meni. Bilo je jasno, da bova morala na nek način odnos formalizirati ali pa se raziti. No, zgodilo se je samo od sebe: tako je naju življenje umaknilo iz svojega odra. Tako kot se je iztekel dramski tekst in tako kot se je iztekla življenjska doba drame, tako sva se iztekla midva. Samo po sebi, kot vedno, pravzaprav.